Diabeł utrzymuje swoją maskę dobroczyńcy dopóki mu się to opłaca i dopóki my nie jesteśmy dostatecznie zniewoleni. Kiedy zniewolenie osiąga stan optymalny, nagle scenografia się rozsypuje i budzimy się w szambie.

 

 

Czarownica każe rozkuć Tumnusa, po czym pyta go, czy wie, dlaczego się znalazł w więzieniu. Tumnus odpowiada, że z powodu swojej wiary w wolną Narnię. I wtedy Czarownica zaprzecza nie wprost, mówiąc: „Jesteś tu, bo on [wskazuje na Edmunda] sprzedał cię za słodycze”.

Obiektywnie ona mówi prawdę. Gdzie więc jest pułapka? Po pierwsze: ona to pozornie mówi do Tumnusa – de facto to słowa, a w zasadzie cios, wymierzony w Edmunda, tak więc mamy tu małą, zgrabną manipulacyjkę.

Po drugie: jaka jest intencja zdradzenia tej informacji? Ma ona dobić odbiorcę, ostatecznie pogrążyć go we własnych oczach. Forma, rzecz jasna, zostaje dostosowana do intencji.

Po trzecie wreszcie: w jakim stanie jest odbiorca? Otóż jest on całkowicie we władzy tej, która mówi. Nie ma możliwości obrony ani nadziei na ratunek (tak mu się przynajmniej wydaje).

Młot na grzesznika

Jak to się przekłada na życie duchowe? Zdanie, które pojawia się w zajawce tekstu, wzięłam z wypowiedzi egzorcystów: ci najbardziej doświadczeni podczas egzorcyzmów nie rozmawiają z demonami ani ich nie słuchają – właśnie dlatego, że pochodzące od nich informacje, nawet jeśli są prawdziwe, nigdy nie zostają wypowiedziane w dobrym celu.

Większość z nas na szczęście nie musi być egzorcyzmowana. Ale w naszym życiu też doświadczamy sytuacji, kiedy prawda zostaje użyta w charakterze „młota na grzesznika”. Najczęściej są to chwile, kiedy czyjaś wypowiedź lub jakieś wydarzenie rodzi w nas poczucie beznadziei i rozpaczy.

Diabeł wikła nas w umiłowanie „rachatłukum” i utrzymuje swoją maskę dobroczyńcy do ściśle określonego momentu: dopóki mu się to opłaca i dopóki my nie jesteśmy dostatecznie zniewoleni. Kiedy zniewolenie osiąga stan optymalny, nagle scenografia się rozsypuje i budzimy się w szambie, zanurzeni po szyję, ze świadomością, że za chwilę padnie komenda: „Pełne zanurzenie!”.

Odsłania się przed nami „prawda” o naszym stanie, ale brak w niej dwóch elementów: miłości w sposobie jej oznajmienia oraz nadziei na lepsze. A w nas też najczęściej wtedy brak pokory potrzebnej do wołania o pomoc i jej przyjęcia: trwanie w grzechu zrobiło swoje – nasze serce stwardniało. Niestety, bliższa znajomość z diabłem zawsze ma skutki uboczne.

Pascha z mojego powodu

Co robić w takiej chwili? Święty Benedykt zaleca rozbijanie rodzących rozpacz myśli o Jezusa. Tu bardzo pomocna jest adoracja krzyża: patrząc na Jezusa umierającego na krzyżu, uchwycić możemy się myśli, że nawet gdybym był/a jedynym grzesznikiem potrzebującym odkupienia w ten sposób, to On by umarł. Możemy patrzeć na Niego i uchwycić się prawdy, że cała Pascha to z miłości do mnie, jako wolny dar, który mogę odrzucić. Ale dar.

I że skoro On zmartwychwstał, to my też możemy. Z wszystkich naszych słabości, marności, okrucieństwa i małości. Wystarczy zgodzić się na to, by Jego Duch zaczął w nas działać.

I przede wszystkim: ignorujmy usiłujący nas dobić głos, który mówi, że nie ma dla nas nadziei. Z czasem będzie on coraz cichszy.