„Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata». To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: «Idź, obmyj się w sadzawce Siloam» – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc.” (J 9,5-7)

Czytając dosłownie, Jezus „namaszcza” niewidomego. Tak samo, jak namaszczano królów, kapłanów i proroków. Tak samo jak każdy chrześcijanin zostaje namaszczony: by objął w posiadanie dziedzictwo swego Ojca, Króla, był dobrym ogrodnikiem Bożego stworzenia. By składał duchowe ofiary – uświęcał ten świat i wstawiał się za ludem. By w końcu słuchał Jego Słowa, to słowo w sobie trawił, pozwolił mu się przemienić i, odmieniony, całym sobą głosił Boga.

Co wyróżnia to namaszczenie? – ziemia zmieszana ze śliną. Na pierwszy rzut oka raczej pogardy niż wyniesienia. Tymczasem Jezus nie robi nic innego, jak tylko powtarza gest Boga z pierwszych kart Księgi Rodzaju: lepi nowego człowieka z prochu ziemi.

Chrzest, w którego kontekście Kościół czyta dzisiejszą ewangelię, to nowe stworzenie. W śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa człowiek zostaje na nowo przywrócony Bogu, przywrócony sobie i temu światu, w którym u początku dni Bóg go osadził. A to nie tylko dar, ale i podwójne zadanie. Po pierwsze wiernego wypełnienia potrójnego namaszczenia: na kapłana, króla i proroka. Po drugie – nauka widzenia. Oczy nareszcie otwarte, ale trzeba jeszcze nauczyć się nimi patrzeć. Uzdrowienie (sakrament, Pascha Jezusa) nie jest bowiem nagrodą za wzorowe sprawowanie, ale początkiem długiej drogi. Tu zaczynają się mozolne ćwiczenia z wiary.

 

fot. Michał Szyszka